Skośnym okiem #6

No to jedziemy z kolejną porcją japońszczyzny. Wręcz się postarałam, tym razem dorzucając jedną serię z aktualnego sezonu, bo internety ją mocno hypowały i też się zaraziłam ekscytacją ;)

Shuumatsu Nani Shitemasu ka? Isogashii Desu ka? Sukutte Moratte Ii Desu ka? (WorldEnd: What do you do at the end of the world? Are you busy? Will you save us?) – ……….na szczęście wszyscy skracają to po prostu do SukaSuka :P Miałam spore opory przed zabraniem się za tę serię, bo jak widzę takie produkcje mój mózg automatycznie przypina im łatkę „n-ta haremówka powtarzająca te same schematy” i raczej ignoruje ich istnienie, w tym jednak przypadku dostałam sporo rekomendacji, że jednak warto obejrzeć, także przełamałam się i usiadłam do seansu. Cóż, rzeczywiście było warto. Historia zaczyna się w momencie gdy Willem, ostatni człowiek, ponieważ Ziemię zamieszkuje teraz wiele gatunków, a nasz niestety został doszczętnie wymordowany w ostatniej wojnie przez tajemnicze potwory, przyjmuje ofertę pracy na stanowisko „stróża składu broni”. Owym „składem” okazuje się sierociniec, a „broniami” zamieszkujące je dziewczynki, których pochodzenie pozwala im kontrolować legendarne miecze będące jedyną nadzieją na pokonanie panoszących się po świecie ogromnych Bestii. Anime niby wygląda na serię akcji, ale sama raczej nazwałabym je dramatem o życiu, śmierci, poświęceniu oraz oczywiście miłości. Bohaterowie są sympatyczni i całkiem mądrzy (Willem robi równie pozytywne wrażenie jako MC jak Theo z Grancresta) przez co łatwo ich polubić, mamy też śliczny soundtrack dobrze współgrający z emocjonalnym kopniakiem jaki koniec końców wymierzy nam SukaSuka. Tak, słyszałam, że mam przygotować chusteczki i doniesienia te nie były przesadzone. To bardzo piękna, słodko-gorzka opowieść, która zasługuje na pochwały jakie zbiera. Mnie chyba oczarowała już przy pierwszej scenie, kiedy bohaterowie wędrują po miasteczku przy akompaniamencie cudownego coveru Scarborough Fair <3

Kakuriyo no Yadomeshi
Studio: Gonzo
Ocena: -7/10

Kakuriyo no Yadomeshi (Kakuriyo: Bed & Breakfast for Spirits) – nie wiem dlaczego, ale bardzo lubię wszelkie anime traktujące o tematyce yōkai, japońskich stworów-straszydeł-i-demonów, także kiedy coś w ten deseń się pojawia, prędzej czy później na pewno to obejrzę. Kakuriyo pokazuje nam życie yōkai od kuchni… dosłownie. Aoi to studentka, której zmarły dziadek posiadał umiejętność widzenia tego, czego zwykli ludzie dostrzec nie mogą. Ona odziedziczyła po nim tę zdolność, jednak jak się okazuje, nie jest to jedyny spadek jaki jej zostawił. Dziadzio narobił sobie wiele długów w świecie yōkai i teraz biedna Aoi musi je spłacić… biorąc ślub z bogatym i potężnym demonem Oni. Nasze dziewczę nie ma jednak ochoty iść na taki układ – obiecuje, że dług odpracuje w inny sposób: wykorzystując swe niesamowite zdolności kulinarne. Seria ma trochę formę „monster of the week”, ponieważ kiedy Aoi już otworzy własny zajazd, oglądamy jak co odcinek zawiera nowe znajomości oraz rozwiązuje problemy swoich niezwykłych klientów. W tle wolniutko rozwija się także romans dziewczyny z jej „obiecanym mężem”, który oczywiście nie jest taki zły jak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Mamy tu tytuł spokojny, wręcz leniwy, ponieważ główny wątek za szybko się nie posuwa do przodu. To idealna pozycja jeśli poczuje człowiek ochotę na coś lekkiego i niezobowiązującego. Główny minus – otwarte zakończenie i dość nierówna kreska, na której często znać niedociągnięcia graficzne.

Yakusoku no Neverland
Studio: CloverWorks
Ocena: 9/10

Yakusoku no Neverland (The Promised Neverland) – hit z tego sezonu: to musiała być Nibylandia ;) Wszędzie słyszałam, że jeśli komuś podobało się Made in Abyss (a mnie podobało się bardzo), Neverland to następna pozycja na liście „do sprawdzenia”. Przyznaje, sugestia ta nie jest przesadzona, choć nie są to znów aż tak podobne tytuły… no, może poza faktem, iż oba zaczynają się sielanką w sierocińcu, a potem dają nam z pięści w zęby. Tutaj rozpoczynamy historię od poznania Emmy, Normana i Raya, trójki niezwykle uzdolnionych dzieciaków, którzy kochają swoje radosne życie oraz swoich przybranych braci i siostry. Co jakiś czas dzieci są odsyłane do rodzin zastępczych, nikt jednak nie wie gdzie dokładnie trafiają, zaś kiedy nasi bohaterowie się tego w końcu dowiedzą, niszczy to wszyscy co do tej pory wiedzieli o zewnętrznym świecie. Ich sierociniec skrywa makabryczną tajemnicę, a jedyną szansą na ocalenie życia okazuje się opracowanie planu jak z niego uciec. Jaka ta seria jest sprytna i dobrze przemyślana!! Nie bez powodu główna trójka jest uważana za geniuszów – każdy ma trochę inne mocne strony poczynając od sprawności fizycznej, przez intelektualną, a na strategicznej kończąc, zaś połączenie tego do kupy skutkuje zbalansowaną obsadą i sporą ilością ciekawych planów. Szczerze mówiąc pod względem samej akcji Neverland tak naprawdę nie szaleje – duże części odcinków to wojna psychologiczna (komu zaufać?) i kombinowanie jak przechytrzyć przeciwnika, który za każdym razem zdaje się być o 3 kroki przed Tobą. Plot-twist goni plot-twist, a odcinki mijają jakby miały po góra 5 minut. Mocną stronę serii jest też nastrój. Za pomocą bardzo fajnych ujęć (klaustrofobiczny sierociniec, kamera kiwająca się w rytmie wahadełka zegara) oraz świetnego soundtracku (cudowna kołysanka!! Aż dziw, że to pierwsze większe dzieło kompozytora Takahiro Obaty) generuje się w widzu takie dziwne poczucie niepokoju, jakbyśmy byli o włos od czegoś strasznego. Może nie do końca nazwałabym YnN horrorem, ale definitywnie mamy tu solidny thriller – trzyma w napięciu, dobrze buduje tajemnicę i potrafi porządnie zaskoczyć. Absolutnie nie mogę się doczekać drugiego sezonu, który już na szczęście zapowiedziano na przyszły rok!

Manga miesiąca:

Kamisama Hajimemashita
Autor: Julietta Suzuki
Ocena: 7+/10

Jak zostałam bóstwem!? (Kamisama Hajimemashita) – myśl, żeby przeczytać KH chodziła za mną od obejrzenia pierwszej serii anime, czyli roku 2012. Trochę czasu upłynęło (*ekhm*trochę*ekhm*), ale po części cieszę się, że tak zwlekałam, bo przynajmniej miałam okazję machnąć całość na raz. Ale po kolei. Seria ta opowiada o Nanami Momozono, dziewczynie bez mamy i z absolutnie do d ojcem, który przez hazardowe zapędy przepuścił ich wszystkie pieniądze… po czym potajemnie zmył się w nocy i zostawił córce na głowie masę długów oraz mafiozów żądających ich spłaty. Nanami z dnia na dzień zostaje bezdomną bez grosza przy duszy, z opresji wybawia ją jednak tajemniczy mężczyzna oferujący miejsce, gdzie mogłaby tymczasowo zamieszkać. Owym miejscem okazuje się podupadająca świątynia, zaś nasza bohaterka przystając na jego propozycję przy okazji zgodziła się pełnić za niego rolę okolicznego bóstwa. KH jest długie, może nawet trochę za długie, bo to aż 25 tomów i to przy sytuacji, gdzie Nanami zakochuje się w Tomoe, swoim duchu-pomocniku praktycznie na samym początku. Oczywiście on się zarzeka, że z człowiekiem nie będzie się wiązał, no ale. Chyba był to też jeden z powodów, dla których aż tak zwlekałam z przeczytaniem tej serii, bo definitywnie wolę wolniejszy buildup romansu. Nie mogę jednak powiedzieć, iż wątek miłosny wyszedł źle, ponieważ autorka się sporo nagimnastykowała, żeby wszystko ładnie oraz logicznie zamknąć – past arc to naprawdę cudeńko (4 odcinkowe OVA niestety okroiło dużo fajnych fragmentów). Seria ogółem jest niezwykle sympatyczna i ma całą masę świetnych postaci drugoplanowych (Mizuki, Kurama) oraz całkiem ciekawego antagonistę (Akura-ou), ponieważ przez większość fabuły ciężko tak naprawdę przypiąć mu metkę „zła ostatecznego”. No i jak już dzisiaj wspomniałam, tematyka yōkai to zawsze smakowity kąsek. Kamisama Hajimemashita to dobre shoujo. Nie moje ulubione, bo brakowało mi w nim historii wykraczającej poza „Nanami chce, żeby Tomoe ją pokochał”, lecz ciągle bardzo dobre. Jasne, są inne wątki, traktujące np. o klanie Tengu czy syrenie, ale ostatecznie zawsze pierwsze skrzypce grał romans. Nanami to fajna protagonistka, dlatego szkoda, że nie miała też innych aspiracji. Definitywnie jest to jednak seria do polecenia – zdecydowanie zasługuje na miejsce w „Klubie Klasyki Szojców” ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s